Moja melancholia powoli sięga zenitu. Wzrasta wolno jak zimowo-wiosenna temperatura. I choć ciągle mi w życiu czegoś brak, to jednak jakoś funkcjonuję. Jakoś...
Tydzień temu wróciłam na uczelnię. Szok po wyjściu z domu do dziś przyprawia mnie o łzy. I choć wiem, że studia te powodują znaczny spadek mojego nastroju, nie wiem jak mam się od nich uwolnić. Pójście do dziekanatu, wzięcie karty obiegowej i jednym zamachem zerwaniem z dalszej edukacji jest przecież takie proste. Czynność sama w sobie jest banalna, wręcz dziecinnie banalna. Niestety... ciągle mnie coś blokuje. Spycha do wycofania się i zaniechania własnych planów. Psychika. Przekleństwo człowieka, a zarazem jego dar. Dla mnie psychika jest przekleństwem, a blokada w mojej głowie tamuje każde moje działanie. Wiem, że powinnam iść do psychologa. Wiem, że sama sobie nie dam rady. Wiem, że to jedyna możliwość wyjścia z mojego życia. Ale kiedy wyjdę z tego, to kim ja będę? To myślenie, takie nastawienie to całe moje życie. Bez tego jestem nikim. A ja tak bardzo chcę kimś być. Chcę być człowiekiem. Czy ja naprawdę tak dużo chcę od życia?
Studia... błąd za błędem... kierunek, który boli i przyprawia o płacz. Pozornie prosty, pozornie przecież niewymagający ode mnie wielu pokładów sił. W rzeczywistości wyciska ze mnie wszystko. Moją duszę, moje pokiereszowane serce. I tak naprawdę jestem zmęczona życiem.
Tak! Mam 21 lat i jestem zmęczona życiem. Życiem, a właściwie jego brakiem. Bo nic nie potrafię zrobić. Nie potrafię nawet zrobić tego kroku i zniknąć na zawsze. A to przecież takie proste. Takie banalne...
I choć z dnia na dzień płaczę, co nie zdarzało mi się wcześniej, to wiem jedno: Nie zrobię żadnego kroku. W bierności, w płaczu, w samotności będę bliższa do śmierci.