muzyka
Miałam sen. Znowu śnił mi się on. Mówicie to był koszmar.... Nie... Tym razem to koszmar nie był.
Pierwszy raz we śnie, który był kiedyś koszmarem znalazłam spokój. Była radość, był śmiech. I on. Który był dla mnie przyjacielem. Nie miłością. Przyjacielem. Tym kim powinien być. Rozmawiał, żartował ze mną. Tak bez złości. Bez przymusu. Z czystej sympatii.
Obudziłam się i żałowałam, że się obudziłam. Bo pierwszy raz w dobrym śnie chciałam się zatracić. Chciałam zostać. Dociągnąć spotkanie do końca. Nie było mi to dane.
I wstałam znowu z lodem zamiast serca, z nie spokojem zamiast odpoczynku.
I powracam myślami do naszego spotkania. Bo wtedy choć raz rozmawialiśmy, bo chcieliśmy, bo się przyjaźniliśmy.
I znowu zamykam w sobie wszystkie odczucia. Wszystkie emocje.
Kiedy znowu się zobaczymy muszę wrócić do dystansu, który jest i będzie.
Sama odrzucam ludzi, co może oznaczać bardzo wiele. Od śmierci po wybawienie. Może właśnie o to chodzi? O odrzucenie ludzi, bycia samą. Może to ten krok, który ma uzmysłowić mi nieubłaganie płynący czas. Czas, który być może daje mi do zrozumienia... że to już nadchodzi.
Kogo w lustrze widzisz, ile jeszcze sobie znów obiecasz?
Ile w Twojej głowie, inni mogą Tobie jeszcze mieszać?