środa, 14 września 2016

Czy ja dobrze zrobiłam?

Odpowiedź na pytanie zawarte w tytule posta znajdziecie na końcu tego, co mam Wam do przekazania.


Otóż... dziś byłam pierwszy raz u psychoterapeutki. Ponadto pierwszy raz byłam w szpitalu psychiatrycznym w mojej rodzinnej miejscowości. Kilka małych budynków w niczym nie przypominały wielkiego, przerażającego psychiatryka z wielu horrorów, które miałam przyjemność oglądać. Może dlatego atmosfera w tamtym miejscu tak bardzo przypadła mi do gustu.
Po zarejestrowaniu się, przyglądaniu się ludziom czekającym w kolejce do psychiatry poszłam do wskazanego budynku. Pani psychoterapeutka to bardzo miła osoba, która (o dziwo!) zdobyła moje zaufanie. Spędziłam u niej 50 minut. Tak! Sprawdzałam dokładnie ile u niej spędzę czasu. Porozmawiałyśmy, może nie o wszystkim, ale wiele rzeczy poruszyłam. Kwestię mojego ojca, wyśmiewania mnie, bycia grubszą, stanu lękowego przed wyjściem, czy moich kłopotów ze zdrowiem fizycznym (badania mam bardzo dobre, prócz dwóch badań, jutro ostatnie, a potem rewizyta u lekarza). Kiedy tak miło mi się rozmawiało i mogłabym jej powiedzieć o tym, że się cięłam zakończyłyśmy rozmowę i zapisała mnie na kolejny termin. Jej powiedziałam o moim permanentnym smutku, o pustce, o złych myślach... Resztę poopowiadam jej na kolejnej wizycie.
W poniedziałek idę na testy, które mają jej pokazać moją osobowość i zastanowimy się nad dalszą terapią. Mam do wyboru 3: terapię w ośrodku dziennym poradni leczenia nerwic (zwolnienie z zajęć, 5 razy w tyg, po 3 h w grupie przez kilkanaście tygodni), popołudniową terapię grupową (raz w tyg, 2h) oraz terapię indywidualną. Muszę się zastanowić co by mi pasowało.
Muszę również umówić się do psychiatry i zapytać czy dalej mam brać leki czy zaprzestać po miesiącu stosowania.

A jaka jest odpowiedź na powyższe pytanie?

Zrobiłam bardzo dobrze. Jestem mega zadowolona i nie sądziłam, że będzie mi tak dobrze rozmawiając o swoich problemach. 


czwartek, 1 września 2016

Ciężkie życie... nas... zapomnianych przez los

Zakurzył się już ten blog na wszystkie możliwe sposoby. Odstawiłam go w kąt, wrzuciłam do szuflady jak kawałek niepotrzebnego materiału. Przykre. Blog był moim sensem, moją terapią. Teraz ta terapia przyjmie kompletnie inny obrót.
Dziś pierwszy raz poszłam do psychiatry. Niewiele mi pomogła. Ja niewiele jej mówiłam. Byłam zdziwiona, zszokowana samą swoją obecnością w takim gabinecie. Co wynikło z tej rozmowy? Że nie wie dlaczego boję się wyjść z domu. Dostałam skierowanie do poradni leczenia nerwic. Mówiła, że będzie potrzebna terapia, a najlepiej terapia grupowa. Szkoda, że zamiast powiedzieć jej o tym, że chciałam się zabić, że moje życie to pasmo walki z potworem, to powiedziałam, że boję się wyjść z domu. A to tak naprawdę wierzchołek góry lodowej. To problem ostatnich 3 miesięcy. Nothing special.
14 września idę do poradni, do Anny jakieś tam... psychoterapeutki. Na pierwszą wizytę, na testy, na zakwalifikowanie się do grupy terapeutycznej. Jej powiem o myślach samobójczych. O tym co działo się w mojej głowie w Liceum. O cięciu, o pragnieniu śmierci. O tym, że teraz jestem bez niczego. Pusta jak zawsze.
Od jutra zaczynam brać lekkie antydepresanty, które przepisała mi, mimo wszystko, przemiła pani doktor psychiatrii.
Miałam mówić psychiatrze wszystko. Dosłownie wszystko. Ale moja głowa zniknęła w momencie przekroczenia progu jej gabinetu. I od tamtej pory czuję się jak na haju. Ledwo składam myśli, układam słowa.
Teraz wiem, jak to jest iść do psychiatry, czuć na sobie ten wzrok, który nie jest zbyt miły. Czuć, że wszystko co mówisz jest dokładnie analizowane i zapisywane. Psychiatra rozebrał mnie tylko częściowo, psychoterapeuta obnaży mnie całą. Boję się... Boję się tego.