Otóż... dziś byłam pierwszy raz u psychoterapeutki. Ponadto pierwszy raz byłam w szpitalu psychiatrycznym w mojej rodzinnej miejscowości. Kilka małych budynków w niczym nie przypominały wielkiego, przerażającego psychiatryka z wielu horrorów, które miałam przyjemność oglądać. Może dlatego atmosfera w tamtym miejscu tak bardzo przypadła mi do gustu.
Po zarejestrowaniu się, przyglądaniu się ludziom czekającym w kolejce do psychiatry poszłam do wskazanego budynku. Pani psychoterapeutka to bardzo miła osoba, która (o dziwo!) zdobyła moje zaufanie. Spędziłam u niej 50 minut. Tak! Sprawdzałam dokładnie ile u niej spędzę czasu. Porozmawiałyśmy, może nie o wszystkim, ale wiele rzeczy poruszyłam. Kwestię mojego ojca, wyśmiewania mnie, bycia grubszą, stanu lękowego przed wyjściem, czy moich kłopotów ze zdrowiem fizycznym (badania mam bardzo dobre, prócz dwóch badań, jutro ostatnie, a potem rewizyta u lekarza). Kiedy tak miło mi się rozmawiało i mogłabym jej powiedzieć o tym, że się cięłam zakończyłyśmy rozmowę i zapisała mnie na kolejny termin. Jej powiedziałam o moim permanentnym smutku, o pustce, o złych myślach... Resztę poopowiadam jej na kolejnej wizycie.
W poniedziałek idę na testy, które mają jej pokazać moją osobowość i zastanowimy się nad dalszą terapią. Mam do wyboru 3: terapię w ośrodku dziennym poradni leczenia nerwic (zwolnienie z zajęć, 5 razy w tyg, po 3 h w grupie przez kilkanaście tygodni), popołudniową terapię grupową (raz w tyg, 2h) oraz terapię indywidualną. Muszę się zastanowić co by mi pasowało.
Muszę również umówić się do psychiatry i zapytać czy dalej mam brać leki czy zaprzestać po miesiącu stosowania.
A jaka jest odpowiedź na powyższe pytanie?
Zrobiłam bardzo dobrze. Jestem mega zadowolona i nie sądziłam, że będzie mi tak dobrze rozmawiając o swoich problemach.