niedziela, 27 grudnia 2015

Wspomnienia dopadną Cię wszędzie

Od paru dni można powiedzieć, że mam doła. Mój potworny humor dobija coraz większa ilość alkoholu wlewanego w mój poraniony organizm. Ostatnimi czasy nie wyobrażam sobie dnia bez butelki wina czy też piwa. Właśnie... Muszę sobie otworzyć moje nowe winko.
W pierwszy dzień świąt dopadło mnie apogeum. Po kilkunastu kieliszkach wódki wypitej u rodziny, mój humor niemal doprowadził mnie do łez. Początkowo nic nie zapowiadało takiego zakończenia dnia. Na imprezie czułam się błogo, wręcz szczęśliwa... Im bliżej było zakończenia, tym coraz gorszy miałam humor. Niemal rozryczałam się przy stole, ale moja samokontrola pozwoliła mi dotrwać do końca i nie rozpłakać się nawet leżąc już w łóżku. W domu po zagraniu w GTA zaczynałam coraz bardziej trzeźwieć. Niestety, to był początek marnego końca. Pokłóciłam się z każdym z domowników, znalazłam moją zamulającą muzykę i dałam się porwać rozmyślaniom.
Myślałam o nim. O tych cudownych chwilach, o pięknym uczuciu, które do niego żywiłam. O pocałunku, który będzie mnie prześladował do końca życia, o obudzeniu we mnie pięknej istoty, o tej cholernej iluzji, która została sprytnie uknuta. Moje myśli nie dały się ujarzmić i mimo wszystkiego poszły w stronę, którą niemal codziennie pilnuję. Za każdym razem przed snem gdy sobie o nim przypominam, zganiam się w duchu i zaczynam liczyć barany. W ten sposób nie pozwalam myślom na błądzenie bez kontroli. Teraz się nie udało.
Tak więcej leżałam na łóżku, słuchałam zamulającej muzyki i rozmyślałam o nim. Niemal czułam jego ciepło, czułam zapach jego perfum. Te perfumy... Zapach nie do zapomnienia.
31 grudnia miną 2 lata od niezapomnianego Sylwestra, tego właściwego dnia, kiedy to się rozpoczęło. Dwa lata... a ja dalej nie mogę się od tego odciąć. Chcę go zobaczyć, przytulić, poczuć znowu te perfumy, to znajome ciepło.
Nie wybaczę sobie tego, że to zniszczyłam. Że gdyby nie moja niecierpliwość to może by coś z tego wyszło. Nigdy.
________________
Zbliża się Sylwester, dla mnie dzień jak co dzień. Wywiązał się ostatnio z moim bratem taki o to króciutki dialog:
On: Idziesz gdzieś na Sylwestra?
Ja: Nie.
On: Czemu? Nikt z Twoich znajomych nie organizuje?
Ja: No... takie z nich łamagi.
A tak naprawdę nie miałabym do kogo iść. Ale nie powiem im, że moje znajomości to studia i nic więcej. Niemal płacząc. zakończyłam z nim dyskusję i nie pozwoliłam by wypytywał o coś więcej.


Pytania? Zapewne nie ma, ale jeśli ktoś... coś. Ask me

czwartek, 24 grudnia 2015

Święta, święta i... po?

Na początek małe sprostowanie. 
Bardzo chciałam napisać tego posta i mimo iż nie jest doskonały liczę, że ktoś go przeczyta. 
Brak doskonałości można tłumaczyć codziennym bólem głowy, bądź za dużą ilością myśli do spisania.
Zachęcam do komentowania i wyrażenia opinii nie tylko na temat świąt, ale również posta albo całego bloga.
Enjoy.
__________________________________________________________________________

Mamy dziś 24 grudnia 2015 roku. Nie muszę chyba nikomu tłumaczyć co to za data. Mamy okres świąt, najpiękniejszy czas w roku, kiedy wszystko cudownie świeci, a choinka w centrum miasta zawstydza niejednego ponuraka.
W tym czasie od dobrych kilkunastu dni niemal na każdym kroku atakują nas reklamy świąteczne, muzyka Last Christmas, i wiele wiele innych aspektów komercjalizacji świąt. Nie jestem pewna czy znicze w kształcie choinki są naprawdę potrzebne...
Ale zatrzymajmy się na chwilę na atmosferze wokół świąt. Ludzie sprzątają domy, szykują się na ten dzień od paru dni i nagle... przychodzi Wigilia i tak na dobrą sprawę nikt nie ma czasu (a może ochoty?) przeżywać tych świąt tak jak powinni. W spokoju i totalnie wyluzowani.
Ja od zawsze lubiłam święta. Jedzenie karpia, zupy grzybowej, nawet znienawidzonego barszczu ma swój urok i coś takiego magicznego. Ale to tylko jeden aspekt.
Od dłuższego okresu czasu święta są dla mnie czymś męczącym. Ubieranie choinki stało się przykrym obowiązkiem, gruntowne sprzątanie najgorszą karą, a składanie życzeń... karą po tysiąckroć. Sztuczna atmosfera jaka panuje zazwyczaj w moim domu jest co najmniej trudna do zniesienia. Ja ze sztucznym uśmiechem, czekająca tylko na prezenty (jestem materialistką), wolałabym pominąć cały ten cyrk z życzeniami i przejść do podarunków. Ale się nie da...
Dlatego zatrzymajmy się na życzeniach. Od lat powtarzam jedną i tą samą formułkę: "Zdrowia, szczęścia, pomyślności, pieniędzy, samochodu, domu i spełnienia marzeń" Wykułam ją prawie na blachę i zawsze, ale to zawsze jest to wyrzucane ze mnie jak automat. Bez zaangażowania, emocji czy nawet chęci i wiary w spełnienie moich słów. Poczułam na własnej skórze, że takie pobożne życzenia nie są wiele warte. Dlatego ten aspekt zawsze wyrzucam ze swojej głowy, chcąc jak najszybciej zabić myśli jedzeniem.
Święta są mi obojętne, z jednej strony sztuczna atmosfera pompowana niczym balonik, a z drugiej piękne oświetlenia i prezenty.
A jeśli już byś mi chciał złożyć życzenia, drogi Czytelniku, to mam dla Ciebie radę. Nie życz mi pieniędzy, bo z nieba mi one nie spadną. Nie życz mi szczęścia, bo szczęście jest ulotne. Nie życz mi miłości, bo żadna miłość nie zasługuje na takie cierpienie. Nie życz samochodu, domu, bo tego w prezencie mi Mikołaj nie przyniesie. Nie życz spełnienia marzeń, jestem twardą realistką. Jedyne co możesz mi życzyć to zdrowia, ale tego psychicznego (fizycznie nie narzekam), spokoju w duszy i w głowie oraz życz mi chęci do życia, bo tego nigdy nie otrzymałam.

Pytania? Ask me

wtorek, 22 grudnia 2015

Czas

Jak to mam w zwyczaju często przeglądam internet w poszukiwaniu zabijacza nudy. Swego czasu uwielbiałam czytać książki, jednak ostatnio brak ochoty na oddanie się wyobraźni skutecznie wpuszcza mnie w internet. Słucham muzyki i przeglądam nawet najbardziej idiotyczne strony; przeglądam również aukcje na Allegro i oczywiście "siedzę" na fb.
Jest to bardziej niż trochę żałosne, ale internet jest, jak by nie patrzeć, niezbędny mi do życia. Jest skuteczny w zabijaniu nudy i przydatny w pisaniu, również w pisaniu tego posta. Więc chciałam napisać coś więcej o najpopularniejszym portalu społecznościowym.
Mając dość znaczną grupę znajomych, często z czystej ciekawości przeglądam co tam u nich słychać. Z większością nie mam kontaktu face-to-face, dlatego internet w tym względzie bardzo się przydaje. Tak więc przewijając kolejnych znajomych trafiam na coraz to ciekawsze rzeczy. Mój były 3 raz ma dziewczynę, moja koleżanka jest w ciąży, inna znajoma wychodzi za mąż, a jeszcze inna się zaręczyła. Każda kolejno rodzi dziecko, wchodzi w nowy etap życia czy też wstępuje na ścieżkę małżeństwa. Inni zmieniają obiekty westchnień jak rękawiczki, a tu się nagle można dowiedzieć, że ktoś zmienia kierunek studiów czy wyjechał na drugi kraniec Polski.
Zdjęcia dziecka, z mężem, z drugim dzieckiem, z gronem znajomych, z przyjaciółmi i, o zgrozo, sesja w ciąży. Wszystko to zalewa mi moją głowę i wierci w niej niczym wiertarka. I w tym momencie się zatrzymajmy, razem, Ty i Ja.
Uczucie zazdrości towarzyszyło mi od zawsze. Od małego dzieciaczka, przez lata szkolne, po dziś dzień. Przeżyłam już jakąś część swojego życia i wpatrując się w powiadomienia o ciąży koleżanek, zastanawiam się czy ja jestem taka stara czy to wszystko wokół mnie tak niesamowicie pędzi do przodu. Dziwnie się czuję kiedy dowiaduję się o nowych związkach znajomych, a ja jestem tu gdzie jestem. Powiem otwarcie... Jestem zazdrosna... Nawet o tego dzieciaczka, bo choć dzieci wręcz nie znoszę, uświadamiam sobie z każdym dniem, że chyba też bym takiego chciała.
Moja kuzynka w przyszłym roku wychodzi za mąż. Próbuję wszystkim wyperswadować, że nie chcę iść i to nie ze względu na to, że ją nie specjalnie lubię, ale nie potrafię przebywać gdzieś, gdzie wszyscy się cieszą. Mój mrok i smutek potrafił już nie jedno zepsuć.
Tak więc presja czasu ciąży nade mną niczym klątwa. Zegar tyka i nie zatrzyma się i nie poczeka aż ja w końcu przyspieszę. A ubóstwiany tak przeze mnie wirtualny świat pogłębia to, co siedzi w mojej głowie. Karmi potwora.



Pytania? Ask me

piątek, 18 grudnia 2015

Bliżej nieba

Siedzę z kubkiem kawy i wpatruję się w monitor, chcąc napisać choć kilka słów. Napisać właściwie cokolwiek, coś co by mnie ruszyło, co być może by i zainteresowało.
Ale nie potrafię. Nigdy nie potrafiłam pisać na tyle interesująco, by miało to jakieś grono odbiorców. Co więcej... zwykle to pisałam dla siebie. Dla siebie i przelania w ten sposób swoich uczuć. Było i jest to lepsze niż marnowanie swojego zdrowia.
Podobno mam jakiś tam talent do pisania. Podobno to jedno z moich uzdolnień. A właściwie to jedyne co potrafię na tyle dobrze iż mogłam dostawać bardzo dobre oceny w szkole. Później odkryłam, że pozwala mi to na uspokojenie wnętrza siebie. Na zabicie ogromnej pustki i bezsilności rozdzierającej mnie wewnątrz niczym pasożyt.
Wielu z was zapewne zastanawia się dlaczego mimo tylu przeżytych lat ciągle sprawiam wrażenie smutnej i zakompleksionej nastolatki. Nie wiem czemu. Można powiedzieć, że organizm mi się starzeje, ale dusza nie... Została na jakimś etapie i nie pójdzie dalej, mimo prób, które starałam się poczynić. Naprawdę się starałam i nikt mi nie wmówi, że było inaczej. Ale po wielu upadkach nie potrafię wstać, nie mam w sobie determinacji.
Pomyślicie: Co ona takiego przeżyła? Przecież nic ją złego w życiu nie spotkało. Ma rodziców, dom, jakieś pieniądze, edukuje się i nie wydaje się by miała powód do narzekania.
Wiecie co wam powiem? Nic w życiu nie przeżyłam. Nic, a nic. Mieszkając na odludziu nie miałam przyjaciółek. Będąc w stosunkowo biednej rodzinie doświadczyłam nadużywania alkoholu przez mojego ojca i wydaje mi się to znaczące w skutkach. Ale prócz tego nigdy nic mi nie brakowało.
Tak więc możecie zaliczyć mnie do jednych z tych marudnych, wiecznie narzekających ludzi, których tak nie lubicie. Możecie mnie wyśmiać. Możecie zrobić cokolwiek wam się żywnie spodoba.
Nic to nie zmieni, a mój umysł i psychika utraci tylko kawałek ze swojej "całości" i wówczas będę bliżej nieba.

Pytania? Ask me

niedziela, 13 grudnia 2015

Szary dzień

Zastanawiałam się kiedyś, dlaczego musi tak być. Dlaczego wieczny smutek nie daje mi spokoju. Dlaczego po każdym uśmiechu czuję się winna, jakbym popełniła jakieś przestępstwo.
Zrozumiałam jednak, że sobie na to zasłużyłam. Mam ciężki charakter, trudno ze mną wytrzymać, wielu osobom wprost przeszkadzałam, zanudzałam, raniłam.
Kiedy jestem sama, zrozumiałam co takiego robiłam. Dlaczego jest tak jak jest. Późno prawda?
Płacę wysoką cenę za swoje postępowanie, a cały mój jad wypluwam w stronę rodziny, mojej rodzicielki, której nigdy nie powiedziałam słowa "Kocham Cię". Cena nigdy nie maleje, zawsze wzrasta i tak w tym momencie, płacę za to swoim życiem, spokojem...
Przez wiele lat tworzyłam wokół siebie grubą warstwę muru. Jestem chroniona tak bardzo iż nie wiem co to spontan, a każde działanie musi być dokładnie przemyślane. Nie wyjdę z tego. Bo nie zamierzam kolejny raz cierpieć. To jest dużo bezpieczniejsze. A, że zabija każdy dzień po trochu...




_____________________________________
Pytania? Ask me